Ministerstwo Dobrego Mydła – magiczny świat naturalnych kosmetyków

Poznajcie Anię i Ulę – dwie siostry ze Szczecina, które z miłości do naturalnych kosmetyków, rozpoczęły swoją przygodę z własnoręcznie robionym mydłem. Mimo wielu wzlotów i upadków, spalonego blatu w kuchni, zbitych kafelków w łazience czy małej kawalerki wypełnionej po brzegi kartonami, wytrwale udoskonalały receptury i zgłębiały specjalistyczną wiedzę składnikach i ich właściwościach. Jaki był tego finał? Poznajcie niezwykłą, siostrzaną historię, która zaowocowała powstaniem Ministerstwa Dobrego Mydła.

Jak to się zaczęło? Jak powstał pomysł tworzenia Waszych kosmetyków naturalnych? 

Właściwie od zawsze interesowały nas klimaty eko. Dobrego jedzenia, dobrych kosmetyków. 10 lat temu kupowałyśmy ekologiczne kremy niemieckich marek za kosmiczne, uskładane miesiącami pieniądze.
Mieszkałam wtedy w Warszawie, gdzie wynalazłam kilka sklepów z mydłami krojonymi na wagę. Wszystko było zawijane w papier, rafię, z dodatkiem naturalnych składników. Znów odkładane pieniądze, cieniutkie plasterki drogiego mydła cieszyły, że mamy coś dobrego w łazience. Do momentu w którym nie przeczytałyśmy składu ze zrozumieniem. Okazało się, że to najzwyklejsze mydła toaletowe, zrobione z prefabrykatu obarczone wysoką marżą. Wściekłe zaczęłyśmy szukać w google czy da radę zrobić mydło samemu. W Polsce panowała w tym temacie cisza absolutna ale trafiłyśmy na jakieś pojedyncze przepisy rodem z USA. A później po nitce do kłębka objawił nam się cały mydlany świat. Kolory, zapachy, dodatki, glinki, zioła, oleje i masła, techniki i metody.

Robienie mydła jest genialne. Jest połączeniem miliona różnych czynności, efekt finalny zależny jest od sumy czynników. Kompleksowa praca nad mydłem nigdy się nie nudzi. Jest recepturowanie- twarda wiedza o olejach i masłach, liczenie, kombinowanie, porównywanie i ustalanie proporcji. Gryzienie ołówków, przesuwanie przecinków. Każdy olej ma swoje właściwości, każdy inaczej się zmydla, trzeba lat pracy, zrobienia dziesiątek prób mydełek jednoolejowych i obserwowania ich przez miesiące, porównywania jak się pracuje z każdym z nich i jakie efekty daje. Potrzeba lat żeby umieć przewidzieć jak będzie wyglądało mydło którego skład olejowy mamy tylko na papierze.

Fascynujące jest również projektowanie wyglądu mydła: koloru, formy, pieczęci, rodzaju zdobień. Można stosować rozmaite techniki, łączyć barwy, kontrastować, dodawać faktury, peelingi, kontrolować pojawianie się białego osadu który jest naturalną dla mydeł rzeczą ale przy odrobinie wiedzy można manipulować jego ilością, gęstością. Aromaterapia- jeśli się tylko chce warto poznać całą tę gałąź wiedzy i potem wykorzystywać ją przy tworzeniu mydeł. Zielarstwo- które zioła najlepiej macerować, które dodawać w całości, co z czym łączyć, o czym w ogóle nie myśleć.

Design opakowań, tworzenie marki, sprzedaż, dystrybucja, pozyskiwanie surowców- można się również odnaleźć w roli mikroprzedsiębiorcy. Tymi zadaniami można by obdzielić co najmniej kilka osób. Mydło ma milion stron, żeby dobrze je wytwarzać trzeba być na maksa elastycznym, mieć zapał zarówno do stania przy garach jak i klikania komputerową myszką. Mydło jest również zagadką, ciągle uczymy się czegoś nowego, to potwornie wciągająca i pasjonująca rzecz. Ostatni czynnik jest taki, że strasznie miło robić coś fajnego i cieszyć się kiedy klienci piszą z zadowoleniem, że niczym innym się już nie myją. Miło jest zasypiać myśląc nad tym jak będą wyglądały lawendy i budzić się kombinując skąd ściągnąć dobre masło kakaowe. Mydło to niekończąca się inspiracja.

Jak wyglądały technicznie pierwsze próby tworzenia kosmetyków? Pamiętacie jakieś anegdoty z tego okresu?

Pierwsze mydło zrobiła Ania korzystając z przepisu znalezionego w sieci. Nie miało zapachu ani koloru, proste naturalne mydło złożone z kilku olejów. Zalane do kartonu po mleku leżakowało przez noc, aby następnego dnia zostać wyjęte jako pierwszy, prawilny mydlany blok w życiu Ani. Wielkie emocje, wielka radość. Taka którą czujemy właśnie wtedy kiedy zrobimy coś własnymi rękoma. Potem było kolejne i kolejne mydło, aż w 34 metrowej kawalerce Anki goście musieli siedzieć na beczkach z olejami. Bywały dni kiedy w lodówce nie bardzo było miejsce na jedzenie, wszędzie leżały butelki ze składnikami. Ręcznie lepiliśmy kule i układaliśmy je równo na ręcznikach kąpielowych. Obdzielana była cała rodzina, przyjaciele.

Potem eksperymentowałyśmy już we dwie, stukłyśmy rodzicom kafle w łazience upuszczając na nie ciężki garnek z mydłem, spaliłyśmy blat kuchenny zalewając go gorącym ługiem, poparzyłyśmy tatę bo któraś z nas przez nieuwagę dotknęła klamki drzwi umoczoną w wodorotlenku sodu rękawiczką. Nie wiedziałyśmy gdzie szukać surowców zwiedziłyśmy więc wszystkie okoliczne hurtownie zaopatrujące cukierników (olej kokosowy). Potem były pierwsze targi branżowe, na których ktoś z wystawców kazał nam wracać z tatą. Na pierwsze targi do Warszawy woziłyśmy mydło w walizkach udając, że jesteśmy studentkami i wracamy z rodzinnych stron ze słoikami (zawsze ktoś pomagał nam wciągnąć bagaże do pociągu. Kiedyś zważyłyśmy taką walizkę i okazało się, że wleczemy ze sobą 30kg towaru (każda swoje 30 kg;)). Raz Ania leciała samolotem i zapomniała bagażu nadawanego zostawiając 200 buteleczek oleju śliwkowego w punkcie bagażu zagubionego na Okęciu.

Jak komponujecie nowe produkty? Jak wygląda proces?

Mydlarstwo to rzemiosło z pogranicza chemii i gotowania. Dużo tu kolorów, zapachów, konsystencji. Nie da się powiedzieć czy bardziej liczy się precyzja odmierzania, powtarzalność ruchów i skrupulatność zapisywania receptur czy szaleństwo chaotycznego tworzenia z dosypywaniem szczypty tego i szczypty tamtego. Czasem działa jedno, a czasem drugie. Najczęściej jednak sprawdzają się te dwa style pracy. Nie będziemy oryginalne mówiąc, że inspirujące jest życie w całym jego kształcie. Czasem wystarczy zapach pozostawiony przez kogoś w windzie, czasem jakieś wspomnienie z dzieciństwa, tęsknota za kolorem, czasem pomysły przychodzą i zupełnie nie wiadomo skąd przyszły. Zdarza się też, że kieruje nami konkretna potrzeba: ma peelingować i pachnieć świeżo, ma być superdelikatne ale nie nudne. Ma idealnie sprawdzać się w roli prezentu. Klienci też przychodzą z potrzebami, opisują to o czym myślą, a my próbujemy im odpowiedzieć. Czasem mydło się po prostu śni. Znajomi się dziwią ale to przecież normalne kiedy coś na dobre zamieszkuje twoją głowę.

Jak wyglądają etapy tworzenia mydła, peelingu czy olejku? 

Proces powstawania naszych wyrobów jest długi i czasochłonny. Zaczyna się od pomysłu. Siadamy wówczas z kartką i próbujemy zarysować szkic teoretyczny nowości. Zakładamy folder w którym gromadzimy informacje o surowcach, zbieramy inspiracje dotyczące każdego aspektu nowego produktu. Kiedy uzbiera się pokaźny plik pomysłów na surowce, składniki aktywne czy opakowanie, siadamy i debatujemy, przygotowujemy pierwsze próby, odwołujemy się do wiedzy zaprzyjaźnionej pani technolog, zamawiamy próbki składników. Tak rozpoczyna się wielomiesięczny proces próbowania. Przygotowujemy dziesiątki, czasem setki wariantów, sprawdzamy działanie, konsystencję, stabilność produktu. Kiedy jesteśmy zadowolone z efektu wyrób rusza do testowania.

Ponieważ nie testujemy ich na zwierzętach musimy mieć jakiś materiał badawczy. Najpierw testujemy my, później rodzina, a na końcu przyjaciele i znajomi. Jeśli z nikogo nie zlezie skóra- wprowadzamy do sprzedaży (śmiech). A mówiąc poważnie nie wypuszczamy z pracowni nic co nie spełnia naszych oczekiwań. Czasem poprawiamy sto razy nim uda nam się znaleźć coś w czym same się zakochujemy. Stąd problemy kiedy klienci pytają “a jakie mydło jest Waszym ulubionym”. Przechodzimy nieustanne, okresowe fascynacje. Tworzymy coś nowego i jeśli nam się spodoba, używamy do upadłego. A później znów rozpoczynamy pracę nad nowym.

To również w pewnym sensie tłumaczy naszą powolność we wprowadzaniu produktów do sklepiku. Nasi klienci muszą być bardzo cierpliwi, nie dajemy im wyboru. Ale obiecujemy, że wszystko co wprowadzamy do sprzedaży jest sprawdzone na tysiąc różnych sposobów.

Z jakich maszyn korzystacie, a co nadal robicie zupełnie ręcznie?

Korzystamy z wielkich, podgrzewanych kotłów w których oleje i masła topią się i łączą ze sobą tak, by powstało z nich dobre mydło. Drewniane krajalnice strunowe pomagają nam precyzyjnie kroić mydło. Korzystamy też z maszyny nalewającej olejki, jest to sprzęt półautomatyczny: ktoś musi podstawiać buteleczki pod kranik z którego wydobywa się porcja oleju. Na tę chwilę całą resztę procesu wykonujemy ręcznie. Ręcznie łączymy składniki, lepimy kule czy oklejamy produkty etykietami.

Czy kojarzycie jakieś specjalne zamówienie? Takie, które utkwiło Wam w pamięci? Na którym komuś bardzo zależało, chodziło w nim o konkretny np. skład? Coś na specjalne zamówienie?

Pamiętamy zamówienie, które trafiło do ciężarnej klientki od której otrzymałyśmy później wiadomość, że jej dzieciątko przyszło na świat w wannie do której wrzucono kulę lawendową. Popłakałyśmy się ze wzruszenia.

Czy kojarzycie jakąś wyjątkową reakcję na zrealizowane przez Was zamówienie? Jakieś podziękowanie, wiadomość?

Czasem trudno nam uwierzyć w to jak poszczęściło się nam w życiu. Klienci ślą nam pozdrowienia, podziękowania, drobne upominki (często własnego wyrobu) i pocztówki z wakacji. Do dziś trzymamy puszkę po rumiankowej herbacie ziołowej, która przyszła do nas z Kopenhagi. Było nam strasznie miło.

Anegdoty. Macie jakieś? Śmieszne sytuacje, coś, co pamiętacie do tej pory?

Pamiętamy jak kupiłyśmy 50kg oleju śliwkowego wydając na niego wszystkie nasze pieniądze, a on przyszedł i pachniał źle, a tłocznia odmówiła przyjęcia go z powrotem i zostałyśmy bez oleju i bez kasy (tata nam wtedy policzył;).

Jak okazało się, że prawie wyremontowana pracownia nie ma odpowiedniej wysokości i sanepid nie chciał się zgodzić na jej otwarcie. Uratował nas fakt, że sufit okazał się podwieszany. Skucie 70 metrów tegoż sufitu sprawiło, że zadłużyłyśmy się po uszy ale pracownia została otwarta.

Pamiętamy jak Urszula zamówiła kilka tysięcy kartoników wysyłkowych bo ich producent wprowadził promocję w której za takie zamówienie otrzymywało się karton żelków.

Pamiętamy jak w noc przed dużymi targami pękła nam opona w dostawczym samochodzie tuż pod warszawskim hotelem Mariott i firma holująca kazała nam wypakować całą zawartość auta żeby udało się je wciągnąć na hol.
Na oczach pełnego przystanku ludzi przekładałyśmy skrzynki z mydłami do drugiego auta i na ostatnią chwilę rozkładałyśmy stoisko w Domu Braci Jabłkowskich.

Pamiętamy jak dziewczynom pomyliły się woski i do 300 sztuk pomady dały wosk biały zamiast żółtego.

Pamiętamy jak nie spodziewając się sukcesu otworzyłyśmy Ministerstwo trzy lata temu i przez pierwszy rok składowałyśmy wszystkie opakowania, kartony i skrzynki w garażu rodziców a tata musiał codziennie odśnieżać auto.

Pamiętamy jak wykonawca w nowej siedzibie nie wywiązał się z umowy i przez cały listopad nadawałyśmy przesyłki z dużego pokoju mieszkania Urszuli. Wszędzie stały skrzynki z produktami, stoły do pakowania i worki z gotowymi przesyłkami.

zdjęcia i video: Madbear

Podobał Ci się ten post? Podzielić się nim ze znajomymi:

Post przez Magdalena Chmielewska

napisał na 06.12.2017 - 15:33.

Kategoria: Aktualności

Comments